wtorek, października 04, 2011

Bo Ryśki to fajne chłopaki są



Bieszczady to, jak się okazało, przede wszystkim ludzie. Odwiedziliśmy w Cisnej dwóch Ryśków - Denisiuka (Burego) i Szocińskiego. Artystyczne dusze. Jeden tworzy dusiołki i zaklina w nich szczęście, a drugi tworzy poezję i też nią uszczęśliwia. Za poźno w Bieszczady dotarłam...

wtorek, września 27, 2011

O poranku



Od północy i od południowego wschodu. Zanim zaczęłam się szykować do pracy jeszcze pobiegałam po mieszkaniu i kilka fotek strzeliłam. Nie mogłam takim widokom dać w zapomnienie uciec ;)
Połów dzisiejszy, 27.09.2011

niedziela, września 25, 2011

Dzika rzeka

Ze dwa lata tam nie byłam. To to kultowe miejsce, gdzie bociana czarnego w lecie można spotkać. Ale zeszłoroczna powódź, a i nie najniższa Wisła w tym roku spowodowały, że moje nieliczne wycieczki rowerowe nie prowadziły w tamtym kierunku. Tymczasem rzeka opadła, pojawiły się łachy piaszczyste nawet w samym centrum, zatem postanowiłam osobiście zbadać, co nowego w rezerwacie Wyspy Zawadowskie. I jak postanowiłam, tak zrobiłam. O świtaniu (koło 9.00) spakowałam plecak foto, uzbroiłam się w statyw, zamontowałam to zgrabnie na sobie, wsiadłam na rower i w drogę. Pogoda wymarzona (choć jak wiadomo ostre słońce nie sprzyja fotografowaniu), nie za ciepło, nie za zimno - jesień... Schody zaczęły się na samym brzegu. Okazało się, że nie ma dróżki biegnącej na skarpie, bo zabrała ją woda. Razem z nadbrzeżnymi topolami. Zatem nie ma też topoli z kapliczką. Przedzierałam się przez straszne chaszcze, ale udało się cel osiągnąć. Siedząc później na wiślanym piasku w oczekiwaniu na czaple zastanawiałam się, jak wrócę do domu. Najprościej i najszybciej na drugi brzeg byłoby wpław - jak ten kozioł. I jeszcze jedno spostrzeżenie - gdy jestem na lewym brzegu to ptaki są bliżej prawego, gdy jestem na prawym - to odwrotnie. I dlatego nigdy nie mogę ich dosięgnąć. Jak długi muszę mieć obiektyw? Bo 500 mm za mało... Wedle południa na plażę zaczęli schodzić ludzie - dla mnie czas do domu. Do cywilizacji pojechałam "głównym traktem" i wylądowałam w Wawrze na ulicy Ogórkowej :) Stamtąd już prościutko Wałem Miedzeszyńskim. 30 km mam w nogach :)





Połów dzisiejszy, 25.09.2011

piątek, września 23, 2011

Wilanów




Oj, dawno nie byłam. Ostatnio na wiosnę chyba. Albo jeszcze w zimie, co mnie wtedy sarny podeszły. Czekałam, aż wyremontują ogród francuski i zdejmą rusztowania z pałacu. I doczekałam się. Ale tym razem trafiłam na ptaki. Na dzięcioła zielonego polowałam kilka lat. I w końcu go mam :) Czaple siwe chętnie konkurują z wędkarzami na drugim brzegu stawu. I statyw nareszcie spełnił swoją rolę, a nie tylko towarzyszył mi jako dociążenie sprzętu foto. A obiektyw lustrzany wzbudził niemałą sensację. Zaczepił mnie jakiś Francuz i w języku "langłidż" pogadaliśmy o panu Samyangu. Że pierwszy raz coś takigo widzi i chciałby wiedzieć, co to takie. To mu powiedziałam, na ile potrafiłam. Zapalił się chłopak i może się zdarzyć, że też sobie "lustrzaka" zafunduje ;)
Połów 21.09.2011

poniedziałek, września 19, 2011

Kilka obrazków z Warszawy






Niedawno zostałam zmotywowana do spaceru obrzeżami. I tak przez Foksal trafiłam na tyły Nowego Światu (budynek biblioteki Krasińskich wprawił mnie w prawdziwą rozpacz - naprzeciwko Akademii Muzycznej - Chopina trochę usłyszałam). A dalej obok fontanny Złotej Kaczki (też dramat) na Tamce do parku przy BUW-ie (nenufary nadal kwitną), przez Karową (wiadukt Markowskiego - tylko mój brat wiedział, że tak się nazywa), przez Plac Piłsudskiego, Królewską, Próżną (prace budowlane idą pełną parą - kolejne dźwigi do kolekcji) i Plac Grzybowski, obok synagogi na Twardej na kawę do Hanusi ;) W stolycy żyję bez mała pół wieku, a nadal odkrywam ją na nowo...
Połów 18.09.2011

czwartek, września 15, 2011

czwartek, września 08, 2011

Pajac




Pałac Kultury i Nauki, popularnie zwany Pekinem, albo w skrócie Pałacem Kultury. W samym środku miasta. Jako dar ludu pracującego dla ludu pracującego. Niegdyś imieniem Józefa Stalina (jeszcze całkiem niedawno można było zaobserwować ślad po tym imieniu nad wejściem głównym - widziałam osobiście). Niektórym zakłóca estetykę Śródmieścia stolicy. Niektórzy chcieliby go wyburzyć. A dla mnie jest antysymbolem i jednocześnie wizytówką mojego miasta. I lubię go fotografować, tym bardziej, że widać go nawet z najdalszych zakątków. Nigdy w Warszawie nie zabłądzisz - kieruj się na Pałac Kultury ;)
Połów 6.09.2011

wtorek, września 06, 2011

Obórki (albo Kępa Okrzejska)


Wyciągnęłam brata nad Wisłę. Załapaliśmy się na zachód słońca i byliśmy głównym daniem na wieczornej uczcie komarów. Ale, co dziwne (a może wcale nie), krwiopijce atakowały tylko na wale - nad samą wodą żadnych owadów nie było. Ptaków zresztą też niewiele. Przemknął tylko jakiś skromny klucz kormoranów i kilka mew. I kilka jaskółek. Chyba zapóźnionych, bo od pierwszego września na "moim" niebie już ich nie obserwuję...
Połów 4.09.2011

niedziela, sierpnia 28, 2011

Wykopki


Niewątpliwie mieszkam w Warszawie :) W tle moje osiedle. A na pierwszym planie państwo zbiera buraki. W zeszłym roku na tym poletku była kapusta. A po drugiej stronie dróżki inne państwo trzyma konie. Sielsko i swojsko. Pomijając Elektrociepłownię Siekierki i wszędobylskie linie wysokiego napięcia ;)
Połów 27.08.2011

środa, sierpnia 24, 2011

Burza



Chmury na dzisiejszym niebie były niepokojąco piękne. Jak wzburzone morze. I pierwszy raz w biały dzień udało mi się błyskawicę upolować. Zdjęcie nie jest może tak widowiskowe jak to sławne greckie z siedemdziesięcioma kilkoma błyskawicami, ale i tak jestem z niego dumna :)
Połów dzisiejszy, 24.08.2011

poniedziałek, sierpnia 22, 2011

Konie

Siwe konie wyszły z mgły, kare z nocy. Taranty tuż przed mrokiem, a gniade z jesiennego lasu w samo południe. Skąd przyszły koniki polskie? Nie wiem. Ale też są piękne :)





Połów 18.08.2011

czwartek, sierpnia 04, 2011

Porzeczki

Właściwie to już po nich. Przez te deszcze niespokojne prawie całe lato nie byłam na działce. Wczoraj się zmobilizowałam. Wsiadłam na mojego błękitnego rumaka i pognałam z całym sprzętem na plecach. Nie wzięłam tylko statywu i świeżo naprawionego tele (to już byłaby przesada). Ale pierścienie pośrednie zabrałam. Tylko komary mnie strasznie jadły, zatem trudno było ostrość złapać :)




Połów 2.08.2011

wtorek, sierpnia 02, 2011

Historia niedokończona

Ta historia nigdy nie została opowiedziana. Powstała ze strzępków zasłyszanych rozmów, z wyobraźni dziecka, z umiejętności kojarzenia faktów... Osoby, której ona dotyczy, już dawno nie ma. A ludzi, którzy w niej brali udział, też coraz mniej... Uwielbiałam grzebać w pudełku ze skarbami ojca. To było jak święto. W pudełku były wkłady do długopisów; jakieś sprężynki; okolicznościowe monety w pleksiglasowych koszulkach; dwustronne ołówki; medale, nad którymi zupełnie się nie zastanawiałam – bo i po co?; trochę papierów; różne takie szpargały, które każdy facet trzyma, bo przydasie ;)... I rzecz najważniejsza – dwa nieduże kawałki metalu połączone drucikiem. Malutkie to było. Wygłądało jak sztanga dla krasnoludków – tylko obciążniki były zbliżone w kształcie do kostek. Co to takiego? - spytałam. Nie mogłam sobie nijak wyobrazić, do czego to ojcu potrzebne. Przedmiot bezużyteczny zdecydowanie. Odłamek – odparł ojciec. Co to odłamek? – drążyłam temat. To taki kawałek metalu oderwany od większego pocisku. A po co ci on? Na pamiątkę. Czego? Powstania. O Powstaniu Warszawskim już wtedy co nieco wiedziałam, tylko nie miałam pojęcia, że mój własny osobisty ojciec miał z nim coś wspólnego. Te dwa kawałki metalu nie dawały mi spokoju, więc przy najbliższej okazji zapytałam o nie znowu. A skąd masz ten odłamek? Byłem ranny. Jak to? W czasie Powstania. Fakt – ślady po tych odłamkach były widoczne – głęboka blizna w prawym ramieniu i w boku pod prawym żebrem – tylko przedtem nie zastanawiałam się, skąd mu się to wzięło. Wtedy dowiedziałam się, że nie słyszał tego rozpadającego się gdzieś obok pocisku, nagle zrobiło mu się jakoś ciepło i miękko i już nic dalej nie pamiętał. Znalazłam wypis ze szpitala polowego na Hożej. Że przebywał tam w dniach 4 września – 6 października 1944 roku. A co potem? A co przedtem? Odłamek z ramienia wyjęli mu dopiero jakiś czas po wojnie, ten drugi w płucu pozostał z nim do końca... Nie znam drogi powstańczej mojego ojca. Wiem, że walczył w batalionie Gozdawa w Powstańczych Oddziałach Specjalnych „Jerzyki“ pod pośrednim dowództwem podporucznika Szatana. Kapral ps. Mały. Bardzo kamuflujący pseudonim dla chłopaka o wzroście około 190 cm :) Miał wtedy równo 20 lat. W jakiejś książce podsuniętej mi przez koleżankę, której ciotka była łączniczką w Powstaniu znalazłam zapis: imię i nazwisko mojego ojca, pseudonim, stopień wojskowy i specjalność – saper (?????!!!!!) oraz to, że został ciężko ranny. Na początku Powstania stacjonowali na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim na Młynarskiej. Wiem tylko, że całe późniejsze życie nosił w sobie piętno odpowiedzialności za śmierć swojego ojca, a mojego dziadka. W pierwszych dniach sierpnia zniknął z domu. Pojawił się na chwilkę, by powiedzieć rodzicom gdzie jest i co robi – tylko tyle, żeby ich uspokoić (ja po takiej wiadomości chyba bym zawału dostała). Babcia właśnie gotowała obiad. Prosiła, żeby został i zjadł coś ciepłego, ale nie mógł i pobiegł. Mieszkali wtedy na Płockiej, czyli całkiem niedaleko. Babcia naszykowała więc koszyk i wyekspediowała dziadka z prowiantem dla chłopców. Nie dotarł. Pech chciał, że rozpoczął się ostrzał artyleryjski i dziadek zginął... Wiele, wiele lat później zasłyszałam rozmowę ojca z ciotkami. Po zakończonym Powstaniu trafił, jak wielu innych, do obozu w Pruszkowie, czekając na transport do Oświęcimia. I tam schorowanego, ze świerzbem na nogach odnalazła babcia. I jakimś sposobem udało się go stamtąd wyciągnąć. Niewiele informacji – bardziej rodzinna legenda, niż cząstka większej całości. Mamy XXI wiek. Tamte sierpniowe dni i udział Małego w Powstaniu pozostały we mgle historii minionego wieku. Moje wspomnienia pierwszosierpniowych wizyt na Cmentarzu Powązkowskim – spójrz, tego chłopaka znałem, kolega z podwórka – napisali, że miał osiemnoście lat, gdy zginął – a on nie miał szesnastu... I wrześniowe wycieczki do Palmir w Puszczy Kampinoskiej, by uczestniczyć w corocznej mszy i apelu poległych... Znów szperam w pudełku ze skarbami ojca. Tego cennego odłamka już nie ma – zgubiłam go jeszcze na starym mieszkaniu – gdzieś mi wypadł i długie poszukiwanie nie dało rezultatu. Ojciec nawet się nie złościł... Papiery, które kiedyś nie miały dla mnie znaczenia, to między innymi nadanie odznaczenia, które nigdy nie zostało zweryfikowane i wypis ze szpitala polowego. Doszły też nowe skarby – biało-czerwone opaski z kotwicą Polski Walczącej i znaczki Gozdawy i POS Jerzyki. Jakiż ojciec był dumny i rozpromieniony, kiedy po raz pierwszy wpiął taki znaczek w klapę marynarki w 40 rocznicę Powstania :) Całkowitej „odwilży“ już nie doczekał... A ja wciąż mam tyle pytań... Teraz z pewnością byłby na nie wszystkie opowiedział... 

Napisałam to kilka lat temu. A dokładnie 30 lipca 2006. Nadal nie wiem, jak to było. I już pewnie się nie dowiem...