Otwieram furtkę i idę miedzą prosto przed siebie. Słońce grzeje w plecy. Na polu, między bruzdami przemyka zając. Gdzieś z wysoka dobiega krzyk żurawi, a wokół dzwonią skowronki. Może uda się podejść stado saren. Wiatr wieje mi prosto w twarz - jest szansa, że szybko się nie zorientują, że nadchodzę. Jednak uciekły...
W czasie deszczu dzieci się nudzą. To ogólnie wiadoma rzecz . I wtedy trzeba natychmiast coś wymyślić, coby na inne głupie pomysły nie wpadły. No i siedząc w domu nie powalają się wszechogarniającym przedwiosennym błockiem ;)
I na marginiesie: wspominając o nudzących się dzieciach miałam na myśli wyłącznie siebie. Ostatnio z moich wypraw foto przynoszę na butach kilogramy błota.
Dziś podobno księżyc o wschodzie był wielki i czerwony. Nie miałam okazji go oglądać, a brat nie miał okazji go uwiecznić, bo obie baterie do aparatu miałam rozładowane (okazuje się, że nie wszystko da się telefonem ;) Powyżej efekt wczorajszego wieczornego i dzisiejszego porannego gapienia się w niebo (ale mam upapraną matrycę...). I wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet ;)
A tak się zmówiłyśmy z dziewczynami. Każda miała coś do odreagowania, marcowe słoneczko przygrzało, a Kazimierz w zasięgu busa, więc why not? Idealne miejsce i idealny czas, bo turyści jeszcze nie dopisują. I "U Radka" dużo miejsca. Przy okazji poznałyśmy Pawła. Fotograf-barman ;) A jego portrety... Coś mi przypominają, ale nie potrafię ich z niczym porównać. W każdym razie daję mu "lajka" ;)
Co innego było na dziś w planie, a co innego się wydarzyło. Bo z nagła niespodziewanie dowiedziałam się, że w BUW-ie jest wystawa orchidei. Zachwycające... Nie było tych pachnących czekoladą, ale za to spotkałam ośmiorniczki - znajome z Soroa :)
Istne szaleństwo kolorów, wzorów, kształtów i zapachów :)